Czarny Młyn – Marcin Szczygielski

Byłam bardzo ciekawa tej książki. Apetytu narobiła główna nagroda w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, uzasadnienie Jury, w końcu notka Wydawcy. Czekałam i się doczekałam. Młyn pojawia się od czasu do czasu w literaturze dziecięcej i młodzieżowej – wymienię choćby:  Krabat Preusslera, Czarodziejski młyn Afanasjewów, baśnie i bajki, w których od młynarczyków, różnych strachów, biesów i czarodziejów roi się jak w ulu. Młyn bowiem to miejsce magiczne. Mało tego – w książkowych młynach, które czytałam sama, bądź z dziećmi, raczej nie działo się nic dobrego. Autor nie przełamał zatem stereotypów, a jednak zaskoczył mnie. Mimo zapowiedzi wydawcy, że to powieść zakrawająca o horror, po lekturze (długo w noc) stwierdzam, że wcale aż tak strasznie nie było. Mam przed sobą natomiast dobrą książkę poruszającą wiele ważnych tematów społecznych – i to jest jej największym atutem. Młyny – popegeerowska wieś gdzieś między Poznaniem a Warszawą. Podupadła – z garstką mieszkańców, którzy zdecydowali się tu pozostać mimo wszystko. Bo im tu strasznie pod górkę – ziemia nie rodzi, zwierzęta się nie udają – są tylko trzy psy i czterdzieści królików ciotki Pawła. Nie ma telewizji satelitarnej, ogrody zarastają, a wiele domów ma okna zabite dechami. Jedyna droga jest dziurawa jak ser szwajcarski. Zacofany zakątek – może źle to określiłam – raczej zapomniany – obok nowoczesnych trakcji elektrycznych i autostrady. Ta zamiast łączyć z wielkim świtem, tak naprawdę od niego odgradza. Kiedyś był tu Kombinat, ale spłonął. Został Czarny Młyn, który budzi strach i grozę. Przypomina o przeszłości, czy tego chce czy nie chce, bowiem jedyna droga w Młynach przebiega właśnie tuż obok niego. Pewnego dnia w Młynach zaczynają dziać się rzeczy jeszcze dziwniejsze od tych, które już miały miejsce. Czarny Młyn urasta w siłę, staje się obsesją starszych mieszkańców, chce zapanować nad miejscowością, może nawet nad całym światem. I kiedy wydawać by się mogło, że nikt tego nie dostrzega – starsi są ślepi i głusi, nadzieja pozostaje w szóstce dzieci, które nie bacząc na niebezpieczeństwa, biorą na siebie odpowiedzialność za wioskę i jej mieszkańców. Z tej szóstki na czoło wysuwa się narrator – Iwo i jego siostra Mela. Czarny Młyn – to smutna książka – bo dzieciństwo w takim miejscu musi być smutne. To książka o sile przyjaźni – bo w takim miejscu i w takiej chwili człowiek zdaje ważny egzamin życiowy. To książka o inności. Siostra Iwo – ośmioletnia Mela – jest karłem. Prawie nie mówi, niepozorna, dla wielu „gorsza” – a to właśnie ona odegrała najważniejszą rolę w tej historii. To książka o tęsknocie – za ojcem, który niby jest, ale tak naprawdę już go nie ma i nigdy nie będzie. O odwadze – która czasem pojawia się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. Daje do myślenia – dobrze napisana, głęboka, niekiedy mroczna. Ale nie horror w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Z intrygującą okładką autorstwa Józefa Wilkonia.

Postać Iwona została bardzo szczegółowo nakreślona. Jedenastolatek – nad wyraz dojrzały, oczytany, odpowiedzialny. Opowiada o małej społeczności zamkniętej w ramach dziwnego trójkąta. Jego spostrzeżenia są trafne i celne. Tłumaczy na swój sposób (absolutnie nie dziecięco – naiwny) wszystkie udziwnienia, które dotyczą Młynów i jego najbliższej rodziny. Balansuje trochę na granicy dwóch światów – z jednej strony beztroskie dzieciństwo,  z drugiej – świat dorosłych, który upomina się o chłopca, wyciąga swoje lepkie macki. Iwo czuje się odpowiedzialny za matkę i chorą siostrę, w końcu za wszystkich mieszkańców Młynów. Świetnie została przedstawiona mentalność mieszkańców, którzy pogodzili się z przegraną w życiu, nie mają pomysłu na lepsze jutro, zamykają się w swoim świecie, odczuwają strach przed czymś nieznanym, życie płynie bez większych zmian. Jets tak jak jest i lepiej nie będzie. Młyny w tym momencie są nie tylko tymi konkretnymi Młynami, ale utożsamiają setki, może tysiące polskich wsi, w których coś się skończyło, a jedynym wyjściem z trudnej sytuacji jest marazm, niewiara w lepszą przyszłość, albo pozostawienie rodziny, dzieci i emigracja zarobkowa. Jest jednak nadzieja – są dzieci, które myślą inaczej i zmieniają świat.

Czy powieść zasłużyła na Grand Prix? Zdanie wyrobię sobie wkrótce, bowiem dzięki wydawnictwom Literatura i Stentor mam okazję poznać większość książek – laureatek konkursu.

Józef Wilkoń na naszej półce powoli staje się ilustratorem czarnej barwy: Księga Dżungli, Pan Tip Top, teraz Czarny Młyn. Chyba żaden z ilustratorów nie dorobił się aż tylu czarnych okładek, jeśli chodzi o książki dla dzieci i młodzieży.

Książka Marcina Szczygielskiego zajęła I miejsce w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren w kategorii wiekowej 10 – 14 lat. Zdobyła również Grand Prix.

Wiek 12+

Wydawnictwo Stentor

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s